Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Miot A na bis 10.05.2015
Autor Wiadomość
brimisie 
BRItozos adminos


Dołączyła: 28 Mar 2008
Posty: 3184
Skąd: Łódź
Wysłany: 27 Maj 2015, 23:42   Miot A na bis 10.05.2015

Miot A.
Po 9 latach hodowli zaczynamy nowy alfabet.
Zaczynamy z przytupem.

Dwóch przepięknych chłopców.
Niebieski i kremowy. Wreszcie mam odwagę się nimi pochwalić.

Rodzili się w nocy, poza Łodzią.
Junko jest drobną koteczką a kocięta były duże, najmniejsze 119 gram.
Było bardzo ciężko. Straciłam dwa maluszki. Niebieskiego chłopczyka (tego najmniejszego, 119 gramowy ) udało mi się wyciągnąć żywego.
Został jeszcze jeden kociak w brzuszku. Mieliśmy umówioną pomoc i pojechaliśmy do lecznicy w Skierniewicach. Na miejscu czekałam na weterynarzy ok 30 minut. Junko cały czas miala skurcze. W końcu przyjechala pani wet. Oznajmiła, że kotki rodzą same i bez problemu i pomocy porodowej nie udziela się. Decyzja należy do mnie, albo cesarka albo zabieram kotkę.
Zdecydowałam się na cesarkę.
Kotki dobrze przechodzą ten zabieg. Szybko dochodzą do siebie.
Na ogół skraca to karierę hodowlaną kotki bo przy drugiej cesarce sterylizujemy kocicę, ale trudno. Jeśli kotka ciężko rodzi to tak dla niej lepiej.
Zabieg został przeprowadzony błyskawicznie. 20 minut później miałam zabrac kotkę.
Uparłam się, żeby poczekać aż się wybudzi.
Upewniłam się, że Junko dostała standardowe leki przeciwbólowe na dwie pierwsze doby i standardowy przy zabiegu antybiotyk. Zabralam urodzone przez cc kremowe kociątko.
Wszystko było dobrze przez dwie pierwsze doby.
Junko karmiła. Dzieci zadowolone, najedzone i wtulone w mamę.

Trzeciej doby po zabiegu zauważyłam, że Junko źle się czuje. Zaczęła zostawiać dzieci i siadała w charakterystycznej skulonej pozie. Widać było, ze ją boli.
W końcu jest po zabiegu, przestały dzialać leki przeciwbólowe. Mam w domu dobrze wyposażoną apteczkę kocią więc podałam kiciuni leki i poczuła się lepiej. Leki mają działać dobę.

Czwarty dzień. Po południu Junko położyła się na posłanku psa. Śpi spokojnie. Nie jest skulona. Wieczorem nadal śpi. Glaszcze ją co jakiś czas i widzę, że nie napina się więc nic nie boli.
Jest coraz później a ona nadal śpi. Kocięta wolają. Junko nie reaguje. Dotykam jej uszka, wewnętrznej strony i już wiem, że ma gorączkę i to wysoką.
Mierzymy temperaturę i zaraz sięgam po drugi termometr. Oba pokazują to samo: 41 stopni i 3 kreseczki.
Junko się nie napina bo jest ledwie przytomna. Myślalam, ze jest dobrze, że nie boli a to gorączka. Szybko robię zastrzyk, żeby zbić temperaturę. A potem czuwam do rana. Rano jedziemy do naszych lekarzy.
Temperatura nadal podwyższona. Podajemy antybiotyki, dostaję zapas leków przeciwbólowych. Nasz doktor obmacal brzuch kotki. Wszystko wydaje się być dobrze. Nie ma też zastoju mleka, który może powodować gorączkę. Nie wiemy co się dzieje, poza tym, że puścił jeden szew.
Wracamy do domu. Junko wchodzi do kociąt, ale denerwuje się, więc dokarmiam maluchy. Niech ona sobie odpocznie. Leki przeciwbólowe działają. Ale wieczorem znów temperatura jest wyższa. Już nie tak bardzo, bo wciąz dzialaja tez przeciwgorączkowo, ale jednak.
Niepokoję się coraz bardziej. Ranka na brzuchu otwiera się mocniej. Szwy trzymają, ale rozerwały skórę. Pojawia się obrzęk.
Rano znów do weta. Coś się dzieje i jest obrzęk blisko cięcia. Nie z gruczołu, choc on tez nabrzmiały lekko, bo kotka prawie już nie karmi. Cały czas podaję antybiotyk i regularnie już leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe.
Wieczorem rana otwiera się mocniej. Zaczyna brzydko pachnieć. Wygląda źle. Zakładam kotce ubranko i opatrunek. Kocięta już zupełnie odstawione i karmię je co dwie godziny.
Jest tydzień po zabiegu. Powinno się już zagoić. Tymczasem rana się dosłownie rozłazi. Coraz bardziej i coraz głebiej. Już nie tylko szwy skórne. I obrzęk coraz większy. Jedziemy znow do lecznicy. I już jest jasne, źe mamy spory problem. Doszło do martwicy. Trzeba wyciąć calą martwą tkankę i zszyć od nowa, ale jest też ta paskudna opuchlizna. Chirurg usuwa martwe tkanki i nacina obrzęknięte miejsce. To ropień, cuchnie paskudnie i ropy jest strasznie dużo. Nie można zszyć kotki. Zostaje więc z otwartą raną. Robimy wymaz i wysylamy ropę do laboratorium. Junko musi zostać w lecznicy. Dostaje dwa silne antybiotyki. Nie możemy ryzykować. Zakażenie jest silne i rozwijało się pomimo wcześniej podawanych antybiotyków. Teraz już musimy uderzyć z calą mocą.

Martwię się też o maluszki.
Czy nic im nie będzie? Co to za infekcja? Czy one nie zachorują?
Karmię je co dwie godziny kozim mlekiem zmieszanym z convalescence.
Straszne z nich głodomory. Szukają mamy. Astra się nimi zainteresowała. Trochę wchodzi do kojca, ale małe chcą ssać i ona się denerwuje. Czasem pozwala im się przytulić.
Dzwonię do lecznicy. Junko musi zostać dłużej. Jest mi przykro, ale rozumiem, że tak będzie dla niej bezpieczniej. Tylko tęsknię i myslę, że ona tam sama, że w stresie.
Na drugi dzień lekarze mówią, że jest niesamowita. Wszyscy ją polubili bo to taki miły kotek. No pewnie !
Wieczorem decydujemy, że mogę ją zabrać do domu. Biorę wolne i będę jej pilnować.
Muszę podwać jej antybiotyki co 12 godzin. Jeden dożylnie przez wenflon, drugi domięśniowo. Zatrzymujemy też laktację. Zmieniam opatrunki dwa razy dziennie.
Przemywam ranę, oczyszczam z martwych tkanek, osuszam i smaruję maściami, płuczę ropień.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem za cztery dni kolejny zabieg. Wreszcie będzie można ja zszyć.

Dzwoni do mnie zaprzyjaźniona hodowczyni. Ma świetną maść na takie paprzące się rany i ropnie. Sprawdzamy skład i dzialanie, psauje idealnie tylko nie mogę tego kupić. Można zamówić przez lecznicę więc jadę przed północą do Agnieszki po jej zapas. Żeby już działalo, żeby nie czekać ani dnia dłużej.
Niestety pojawia się kolejny obrzęk, kolejny śmierdzący ropień. Oczyszczam go. Smaruję mascią.

Jedziemy z Junko na kontrolę. Mamy już wyniki. Zakażenie escherichią coli. Wymaz czysty. Staje się jasne, że do zakażenia doszło zewnętrznie podczas cesarki.
Antybiogram pokazuje, że bakterie są wrażliwe na oba zastosowane antybiotyki. Na szczęście.
Jednak musi to być paskudne, skoro mimo podawania już tych leków zrobił się drugi wielki ropień.
Rana zaczyna się robić coraz bardziej różowa. Coraz więcej normalnej, zdrowej ukrwionej i unerwionej tkanki.
To dobrze, ale oczyszczanie i zmiany opatrunków stają się bardziej bolesne.
Do tego bardzo bolą zastrzyki z biodacyny.
Junko zaczyna się chować przede mną.
Musimy też zmieniać wenflon. Jesteśmy obie zmęczone.
W dodatku dzieci wciąż budzą mnie w nocy na karmienie. Przesypiają maksymalnie 4 godziny. Zabieram je codziennie do pracy, żeby moc je karmić.

Rana wreszcie zaczyna się goić. Widać postępy. Maść jest faktycznie rewelacyjna. Po kolejnej konsultacji chirurgicznej rezygnujemy z zabiegu, oszczędzimy kotce operacji.

Dziś mija 17 dni od cesarki. Junko wciąż chodzi z opatrunkiem, ale rana jest już prawie zamknięta.
Kocięta urosly pięknie. Grubaski z nich slodkie. Gryzą mnie po palcach, gdy nie mogą się doczekać mleka.
A ja nie mogę się doczekać dnia, gdy będę wreszcie wyspana i gdy Junko nie będzie uciekać przede mną i sprawdzać czy nie chowam za plecami strzykawki.
_________________
 
 
 
Małgosia 
BRIeminencja


Wiek: 38
Dołączyła: 29 Mar 2008
Posty: 2409
Skąd: Łęczna k. Lublina
Wysłany: 1 Czerwiec 2015, 09:19   

Olga jesteś Wielka! mam nadzieję, że wiesz o tym
_________________

 
 
Walentyna 
BRIeminencja


Dołączyła: 24 Wrz 2010
Posty: 3267
Skąd: Łódź
Wysłany: 7 Czerwiec 2015, 01:11   

brimisie napisał/a:
A ja nie mogę się doczekać dnia, gdy będę wreszcie wyspana i gdy Junko nie będzie uciekać przede mną i sprawdzać czy nie chowam za plecami strzykawki.


Oby Ci się to spełniło jak najszybciej :grin: A Maluchy są cudowne :fiufiu:

Podziwiam Twoje oddanie :ach:
_________________
"Człowiek jest cywilizowany na tyle, na ile potrafi zrozumieć kota"
Jean Cocteau
 
 
brimisie 
BRItozos adminos


Dołączyła: 28 Mar 2008
Posty: 3184
Skąd: Łódź
Wysłany: 18 Lipiec 2015, 17:59   

Niebieski Dzidziuś, spokojny grubasek, pieszczoszek i łakomczuszek opuścił nas nagle w wieku czterech tygodni :cry:
Umarł w nocy.
Wylew krwi do mózgu.
On rodził się siłami natury, ciężko bardzo, ale jako jedyny przeżył. Inne kocięta odeszły właśnie przy porodzie z powodu wylewów śródczaszkowych. On był na tyle silny by żyć dłużej.

Był to dla mnie ogromny cios. Każda utrata kociaka jest trudna, ale im starszy maluch tym ciężej.
A tu jeszcze maluch, którego odkarmiłam butelką. Takie kocięta są niezwykle związane z człowiekiem.
Gdy mama nie może się nimi zajmować i cały ciężar opieki spoczywa na hodowcy, to maluszki hodowcę traktują jak mamę.
Tak było i teraz. Przez te cztery tygodnie bardzo się związaliśmy ze sobą. Bąbelki zabierałam do pracy, by móc karmić je co dwie, później co trzy i cztery godziny. W nocy kładłam maluchy na łóżku, w małym posłanku i spałam z jedną ręką w ich budce. Czasem wystarczał im kontakt i w nocy potrafili przespać i pięć- sześć godzin. Byle tylko przytulić się do mojej ręki.
Im były starsze tym bardziej garnęły się do ludzi.
Nawet gdy Junko poczuła się lepiej i zaczęła przychodzić do dzieci, to one chętnie się do mamy przytulały, ale potem już wołały mnie.

Ciężko było pozbierać się po takiej stracie.

Kremowy Dzidziol został sam. Nie martwimy się o niego, gdyż on urodził się przez cesarskie cięcie.
Tyle, że i on odczuł brak brata.
Cztery tygodnie to czas, w którym kocięta nawiązują kontakt duży z rodzeństwem. Już były wspólne zabawy, podgryzania itd. Nie tylko przytulania. A spały zawsze razem, jak to bliźniaki.
I nagle nie ma brata.
Dzidziol rozpaczał, gdy był sam. Musiał być stale ze mną. Albo z innym człowiekiem, albo z kotem.
I tak oto mamy w domu Dzidziola, który jest oczkiem w głowie wszystkich.
Dzidziol zasypia przytulony do mojej twarzy. Budzi obgryzaniem nosa, albo lizaniem po poliku czy czole.
Szczególnie gdy mu się nudzi. Zachowuje się tak, jakby zachowywał się wychowując się z rodzeństwem, tyle, że dla niego rodzeństwem i mamą jestem ja.
Ostatecznie Michał.

Śmieszny jest Dzidziol.
I kochany bardzo.
nie zostanie jednak z nami.
Szukamy mu najlepszego domu na świecie. Domu, gdzie będzie rozpieszczany i dopieszczany. Gdzie będzie spał wtulony w człowieka i spędzał z nim jak najwięcej czasu.


poniżej kilka starych zdjęć.
Nie miałam siły ich wcześniej wrzucić.










_________________
 
 
 
brimisie 
BRItozos adminos


Dołączyła: 28 Mar 2008
Posty: 3184
Skąd: Łódź
Wysłany: 18 Lipiec 2015, 18:00   

Dzidziol, który otrzymał od Patryka cesarskie imię Akihito

tu, pierwsze próby samodzielnego jedzenia



_________________
 
 
 
brimisie 
BRItozos adminos


Dołączyła: 28 Mar 2008
Posty: 3184
Skąd: Łódź
Wysłany: 18 Lipiec 2015, 18:12   

a tu dzisiejsze zdjęcia Dzidziola:

z mamą











i z Kubusiem
fajnie widać, jak zmienia się kolor oczu. U malucha jeszcze dzidziusiowy, u Winniego już prawie dorosły.



_________________
 
 
 
Walentyna 
BRIeminencja


Dołączyła: 24 Wrz 2010
Posty: 3267
Skąd: Łódź
Wysłany: 22 Lipiec 2015, 21:33   

Strasznie mi się zrobiło smutno... Współczuję bardzo...

Dla Dzidziolka :ach:
_________________
"Człowiek jest cywilizowany na tyle, na ile potrafi zrozumieć kota"
Jean Cocteau
 
 
Małgosia 
BRIeminencja


Wiek: 38
Dołączyła: 29 Mar 2008
Posty: 2409
Skąd: Łęczna k. Lublina
Wysłany: 23 Lipiec 2015, 08:35   

dla niebieskiego :heart:

kremaczek niech zdrowo rośnie i znajdzie swój dom, jaki sobie wymarzysz
_________________

 
 
brimisie 
BRItozos adminos


Dołączyła: 28 Mar 2008
Posty: 3184
Skąd: Łódź
Wysłany: 23 Lipiec 2015, 23:57   

Didziol dziś usiłował zjeść moje ucho.
Nie wiem jak on to robi, że ucho nie ucierpiało nic a nic, choć było z wielką starannością obgryzane dobre 15 minut :roll:
_________________
 
 
 
Małgosia 
BRIeminencja


Wiek: 38
Dołączyła: 29 Mar 2008
Posty: 2409
Skąd: Łęczna k. Lublina
Wysłany: 24 Lipiec 2015, 09:20   

:) wie, że nie może Cię uszkdzić trwale bo co potem będzie obgryzał :wink:
_________________

 
 
Monika Kotwica 
BRIeminencja


Wiek: 37
Dołączyła: 27 Paź 2008
Posty: 1078
Skąd: Łódź
Wysłany: 24 Lipiec 2015, 17:04   

Dzidziol jest sliczny, gruby, no i kremowy :serduszka2:
Czyli wszystko, co najbardziej cenie w brytusiach :wink:

Olga, przykro mi bardzo z powodu niebieskiego kotka :cry:
Wszystko mi sie przypomnialo, bo Elmo tez mial cztery tygodnie jak odszedl. Pamietam i zawsze bede o nim pamietala, niezaleznie od tego ile minie czasu.

Spij spokojnie niebieski kotku (*)
_________________
Monika + Queenie + Coco + Fredek :)
 
 
Sylvia Anna 
BRItozus totalus

Wiek: 34
Dołączyła: 06 Mar 2011
Posty: 355
Skąd: Warszawa
Wysłany: 16 Sierpień 2015, 21:45   

Olga bardzo współczuję całej sytuacji....życzę spokoju i ucałowania dla Junko i Dzidziola
_________________
...szczęśliwy właściciel, szczęśliwy kot... Właściciel obojętny, kot niechętny....
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org poprawka v1.1 by DRaGoN
Hodowla Kotów Brytyjskich Bri-Misie*Pl